Sty 202014
 

pasztet bez bułki i mąki

Zgodnie z naszą misją – przepis na pasztet bez węglowodanów.

Pasztet to potrawa wykonana z jednolitej masy mięsnej. Jeśli mamy w domu garnek, piekarnik i maszynkę do mielenia mięsa to mamy już całe niezbędne zaplecze sprzętowe.W przepisach na pasztet często występuje bułka lub mąka. Jako wróg węglowodanów (coraz bardziej zaciekły w oporze powstańczym) zachęcam do bojkotowania ukrytej w potrawach bułki i mąki zbożowej.

Po co ładować sobie dodatkowe kalorie i to takie, które chętnie sabotują nasze zdrowie i wygląd, gdy są połączone z tłuszczami.
Pasztet będzie więc kwintesencją dobrych składników, które nieraz nie wyglądają za ładnie przed przetworzeniem ale zawarte w nich produkty bardzo są organizmowi (i oczywiście smakowi) potrzebne. W pasztecie, jak w koniu trojańskim, możemy przeszmuglować różne odżywcze podroby, skóry itp.
Dzięki temu będziemy mieli smaczne danie, które jest bardzo bogate w proteiny, dostarcza nam żelaza, kolagenu i wiele innych cennych składników.

Do gara, piszę gara bo zakładam, że ze dwie osoby są na pokładzie gotowe do późniejszego obszamania pasztetu, wrzucamy to co mamy.
Proponuję wieprzową golonkę, całego kurczaka, serca, wątróbki, pręgę wołową. Mięsa z założenia mogą nie być chude bo będą długo gotowane i tłuszcz sobie z nich wypłynie na wierzch, gdzie będzie można go wysłać w diabły przy pomocy łyżki. Zwolennicy żywienia optymalnego zapewne tego nie zrobią ale trudno jest na siłę każdego nakłaniać do dodatkowych, nasyconych kwasów tłuszczowych w obliczu zaniżonej aktywności ruchowej.
Wrzucamy do gara również listki laurowe, ziele angielskie, solimy, pieprzymy. Jeśli ktoś chciałby mieć pasztet z warzywami to również (później jak golonka będzie miękka można dorzuć selera, pietruszkę i marchewkę).
Nie martwimy się proporcjami, to nie jest przecież ważne czego będzie ile. Pasztet ci wszystko wybaczy, pasztet cię nie okłamie.

Gdy wszystko nam się ugotuje mamy trochę dłubaniny. Niech zawartość gara lekko ostygnie, wtedy wyciągamy łyżko-sitkiem to co pływa i do durszlaka wrzucamy wszystko co nie jest kośćmi (listkami laurowymi i zielem angielskim) Uwaga, dla tych co mało gotują – widok nie jest najbardziej elegancki, ale zaraz potem to zniknie.

Zniknie, jak tylko wrzucimy to do gardzieli maszynki do mielenia mięsa. Z drugiej jej strony wyjdzie bowiem całkiem jednolita i nie wzbudzająca żadnych wrażeń masa. Jeśli będzie więcej skór i wątróbki, to nie trzeba będzie dodawać żadnego spoiwa. Jeśli więcej mięsa to trzeba będzie wbić ze dwa jajka kurze. Zanim je wbijemy kąśnijmy troszkę przed-pasztetu, czy nie jest za mało słony. Jeśli jest na słoność OK, to teraz jeszcze do maszynki wrzucamy główkę czosnku i popychamy go łyżką już zmielonego mięsa. Można to zrobić również przed dokończeniem mielenia.

Ci, co lubią eksperymentować, mogą sobie dorzucać różne ciekawostki, ja do swojego pasztetu zmieliłem jeszcze pieczarki i suszone grzyby. Do następnego dodam przekrojone na pół oliwki, już po zmieleni, tak aby je było widać. Można do masy włożyć ugotowane jaja. No można, co się chce, taki to fajny pasztet.

Gdy już wszytko jest w misce, ugniatamy, niech się przemieszają te mięsa, niech masa stanie się bardziej jednolita.
Teraz mamy dwie drogi. Jedna tradycyjna, a druga na skróty (energooszczędna):

  • droga tradycyjna to wyłożenie pasztetu na blachę i wstawienie do piekarnika na jakieś 180 stopni na godzinę lub dwie. Tyle, że do takiej obróbki dobrze pasztet uformować w kształt, który zapewni przenikanie ciepła, czyli jakieś podłużne formy. Jeśli to będzie jedna zwarta bryła to w środku może być pasztet mniej dopieczony. Niby nic się nie stanie bo przecież wszystko gotowaliśmy, ale jednak dołożyliśmy również jaja i one też powinny się ściąć.
  • polecam więc drogę energo i czaso oszczędną. Wyrabiamy pasztet w naczyniu szklanym i ubijamy go do dna aby wycisnąć powietrze. Wygładzamy powierzchnię i wsadzamy wraz z naczyniem do mikrofalówki. To urządzenie nic złego nie zrobi pasztetowi, a jego działanie zapewnia wygrzewanie w całym przekroju naszej bryły naczynia. Nastawiamy na 800 watów i pieczemy przez 30, 40 minut.

Wyciągamy, przerzucamy na płaskie naczynie i do piekarnika na 15-20 minut. Grzejemy piekarnikiem od góry aby przypiec górę do ładnego koloru.
No i cała robota
Pasztet gorący jest o wiele luźniejszy niż schłodzony. Zimny będzie dobry do krojenia na plasterki.
U nas na śniadanko poszedł z musztardą Dijon ale można go dziabnąć również z czymś słodko kwaśnym, takim jak żurawina.

Uwaga! Nie wylewamy wywaru. Warto go przecedzić, zagotować i wlać do przepłukanych wrzątkiem słoików. Po nalaniu stawiamy słoiki pokrywką do dołu. Jak ostygną można trzymać je nawet poza lodówką bo właśnie zawartość pasteryzowaliśmy ;). Potem jest wszystko gotową bazą do wielu smacznych zup.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • LinkedIn
  • RSS
  • Twitter
  • Wykop
  • Blogger.com